wtorek, 3 maja 2016

made in israel

Hejka, co słychać? 
Jak Ci się żyje w Izraelu? 




Ano tak, że jak Ci się coś przytrafia to jest takie wow, że czujesz, że filmy hollywoodzkie kopiują z rzeczywistości będąc i tak jej bardziej prawdopodobną wersją. 

Mieszkam w Cezarei. Na bogato. Wiem. Kolega, który przywiózł mnie po swojej zmianie w szpitalu też wiedział. Może dlatego kilka razy udał, że nie dosłyszał adresu zabierając mnie ze starej, imigranckiej, zakocionej i zimnej dzielnicy Hajfy w te elitarne strony? 
Nadal, jak ktoś mnie tu podwozi- z niedowierzaniem czeka na adres trzymając palec na gpsie.

A co ja z tego wyciągam? 
Wyciągam Pawła (od Filipian 4)

"Ja bowiem nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem. Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia."

Cinderella story. Z zimna i jedzenia głównie płatków z wodą, z miejsca gdzie nawet taksówkarze nie wiedzą jak dojechać- poprzez szpital, który jawił mi się być hotelem 5-pięcio gwiazdkowym- trafiam na Kalifornię izraelską. 




made in israel



Wychodzisz sobie z psem na spacer po okolicy. Idziesz na sąsiednią ulicę. A tu akurat pan Netanyahu mieszka. 


cezarejski pies


made in israel

Nie jesz mleka i cierpisz na brak lodów w swoim życiu. A tu ktoś mówi Ci, że w lodówce czeka na Ciebie sorbet o smaku mango :) I może dla niektórych to normalne, ale jeśli dostajesz to od żydowskiej rodziny u której mieszkasz przez kilka miesięcy, a oni dopieszczają Cię owocami nerkowca i pekanami to generalnie robi Ci się miło. O obiadkach i innych nie wspominając. Nie sprzątałam nawet swojego pokoju! Ach to żydowskie skąpstwo! Tak właśnie wygląda jeśli ktoś jest zainteresowany!



made in israel

Na kursie wyrobów szklanych, na który wpadasz, bo jest obok Twojego domu- spotykasz ciekawą arteterapeutkę, a ta zaprasza Cię do swego domku na izraelskiej wsi, gdzie akurat mieszka i tworzy Meir Shalev (autor jednej z Twoich ulubionych książek: "Rosyjski romans"). A potem idziecie w dzicz szukać możliwych roślin do zjedzenia- i już za chwilę zajadasz się świeżym czosnkiem niedźwiedzim albo biało-różowymi kwiatami o smaku słonecznika- których izraelskiej nazwy nie jesteś w stanie powtórzyć. Plus zostajesz zaproszona na 3- godzinny spektakl w szkole antropozoficznej gdzie kreatywność i wszechstronność młodych twórców jest jak erupcja wulkanu w postaci zachęcenia i energii dla Twojej głowy.


#jakaśjadalnaroślina #zima #israel


made in israel

Spotykasz się z grubą rybą światowego biznesu, a tu się okazuje, że ma swoje biuro i villę gościnną na ulicy, na której mieszkasz. 

made in israel

Dostajesz niespodziewanie bardzo szczególny prezent z komentarzem: "Obama dostał, Putin dostał, papież dostał- to Ty też musisz dostać". 

made in israel

I love Caesarea <3

Czasem wracasz też do Hajfy. Masz po co.

Zaproszona do udziału w wykładzie w collage'u w Akko- leniwie zbierasz się ze słońca po wybornym grillowanym łososiu zaserwowanym przy stoliku z widokiem na morze. Na spotkaniu wsłuchujesz się w relację przedstawicielki rządu polskiego w Autonomii Palestyńskiej, co dobrze wpływa na Twoją percepcję rzeczywistości i walkę z szufladkowanym myśleniem; zostajesz nagle poproszona o wyjście na środek i opowiedzenie o sobie i o swoim projekcie po hebrajsku, chociaż nikt Cię o tym wcześniej nie powiadomił i nie miałaś nawet pół minuty na przygotowanie się- jednak po chwili rozlegają się brawa, a każdy z słuchaczy ciepło Cię przyjmuje i chce Ci pomóc. A potem.. potem poznajesz przedstawicielkę ambasady polskiej w Izraelu, z którą od razu przechodzicie na Ty- bo przecież to bardzo nieuprzejme w tym kraju nie mówić do siebie po imieniu. I dowiadujesz się, że "w razie czego" możesz liczyć na jej pomoc :) 

made in israel


Idziesz na spotkanie uroczystego nawiązania przyjaźni między miastem izraelskim i polskim- spóźniasz się trochę, ale organizatorzy zaraz po przywitaniu każą Ci siadać przy stoliku z burmistrzami, dyrektorami i doktorami- żeby w razie czego tłumaczyć (przy Twojej znajomości hebrajskiego alef) i dotrzymać towarzystwa. Jak trzeba gadać, to gadasz. I nawiązujesz znajomości.

made in israel


Dostajesz posadę nauczycielki polskiego w rodzinie arabsko- irańsko- polsko (żydowskiej). Bawisz się w ciepło- zimno i otrzymujesz za to zapłatę. A potem stajesz się "najstarszą córką" w rodzinie, dostajesz ciepły kąt i zaproszenie, żeby z nimi zamieszkać. Mieszkasz w pięknej dzielnicy zaraz przy centrum miasta położonym na górze. Wieczorami popijacie wino, jecie taboule i dyskutujecie. Widzisz jak Bóg daje Ci sposobność do rozszerzenia myślenia, zaprzestania generalizacji, reinterpretacji faktów. Przekonujesz się znowu, że świat nie jest czarno- biały i że nie możesz bezkrytycznie podchodzić do dotychczasowego "swojego białego". Z moją arabską rodziną jeździliśmy zwiedzać Galileę, próbowaliśmy araku i wiele innych bliskowschodnich przysmaków. Zabierali mnie do kibuców na konie i do centrów handlowych na sorbety. Bywały gadki o mentalności polskiej, o feriach zimowych w Zakopanem i o zakupach w warszawskim Smyku, który moja Yarin uwielbia. Były też wizyty w Nazarecie, u arabskiej części rodziny, zamieszkałej tu od 800 lat. Ciepli, serdeczni ludzie, zawsze eleganccy i wzbudzający duży szacunek. I w momencie, kiedy taki ojciec rodu siedzi na kanapie i proponuje Ci fistaszki to Twój dzień jest zrobiony :) 


#szkoła #Marjan #i #radości

                                                                                                                                            made in israel

Masz swoją panią od hebrajskiego. I ta Twoja pani od hebrajskiego dobrze i zdrowo gotuje, kocha swoje miasto i uwielbia fotografować. W rezultacie po zajęciach masz dodatkowe zajęcia- wychodzicie na długie spacery po wybrzeżu, schodzicie aleją wielbłądów czy oglądacie antyczne mozaiki z napisami starogreckimi. Zapisy z wypadów w postaci zdjęć- included. Bardzo lubię moją Panią od hebrajskiego.




Moja Pani od hebrajskiego


pastele z naszego wypadu// #hajfaspokojna


made in israel

Yad HaShmona reunion's-> Ludzie z którymi żyłaś sobie kilka miesięcy, śpiąc, jedząc, pijąc i siedząc razem w jednym miejscu- spotykają się w nim znowu! I widzisz, że mimo Twojego braku zdolności do szybkiego odpisywania na wiadomości- przyjaźnie na odległość są możliwe! I tak się znamy i tak się wspieramy i tak się kochamy i tak się inspirujemy i tak się razem modlimy i tak mamy radochę z tego co Bóg robi w naszych życiach! Jesteśmy ze sobą i tak! #daleko #aleitak #izrael #connection
                                                           
#shiny #happy #people #sitting


// mamy okulary



mamy go mamy go mamy #kurczak
                                                            
                                           
// to jest w jerozolimie


// prawy dolny róg


                            
                                       made in israel


Jedziesz sobie z ludźmi ze wszystkich stron świata na pustynię Negew ze świadomością tego, że będziesz jedyną osobą mówiącą po polsku. I tak sobie rzucasz westchnienie do Boga. A tam.. poznajesz Afrykankę <3 władającą płynną polszczyzną!


#brenda #negev #ciepło


                                                                                                                                          made in israel



made in israel   // author: G-d of Abraham, Issac and Jacob


Nikogo i nic po prostu żadnej z tych rzeczy, sytuacji, spotkania nie mogłabym sobie wyobrazić, zapewnić, zapracować na nią czy zasłużyć. Jestem sobie bardzo małym i niepozornym człowieczkiem ale On Jest. I to On "Wybrał nam dziedzictwo nasze" (Psalm 47, 5a). I to jest mega czad! Bo nie jesteś zdefiniowany przez swoją przeszłość, przez pierwszą 1/3 Twojego życia jak mówił Freud, przez swoje błędy czy porażki.  Jeśli Bóg coś postanowił to będzie Cię konsekwentnie prowadził do celu/ celów! Zakładamy, że mamy jakąś cegiełkę do dołożenia tutaj. Chociaż tak naprawdę pielgrzymujemy! Jesteśmy na pustyni. A to czy będzie pokarm, woda i schronienie zależy od Niego. I daje mega komfort i poczucie bezpieczeństwa- tak naprawdę. Nie bójmy się więc nikogo i niczego. Tylko Jego. 

//

Esterko- a to tak z podziękowaniem dla Ciebie tutaj! Dzięki, że jesteś tu ze mną :))) Za wszystkie rozmowy, modły, przytulasy, nasze teledyski, podróże, płacze, śmiechy i za to, że robisz nam świetne fociszki! :)  #tyledowziecia #białykoń #jesteśzwycięzcą #jestemzwycięzcą #wszystkobędzieżehej



hummus's love


Kinneret's love



Robinson's love


Jerusalem' s love



białe love


 //

Kiedy zaczynałam pisać tego posta był 13 kwietnia.

Na tę chwilę Kochani jest dużo dużo więcej! Toda laEl!! Postaram się update'ować bo ważne rzeczy dzieją się. Otwórzmy oczy. Ważne rzeczy dzieją się. Toda laEl!



czwartek, 26 listopada 2015

o Stelli


"Jeżeli Stella coś mówi, to znaczy, że Pan Bóg tego chce"- mówili na Karmelu o aktywistce i działaczce społecznej- prowadzącej dom otwarty na wzgórzach Hajfy, silnej i pewnej siebie kobiecie, która przeżyła największe piekło XX wieku, pokornej i oddanej służbie ludziom byłej karmelitce, błyskotliwej, dowcipnej i pełnej wigoru 90- latce, która uchyliła drzwi swojego mieszkania i mnie- polskiej studentce.

Za dwa dni obchodzimy jej 90- te właśnie urodziny, które komentuje słowami "Jak będzie na urodziny? Normalnie. Najpierw msza, potem bałagan".

"Bałagan" który łączy Polskę i Izrael (balagan to jedno z pierwszych słów jakiego nauczyłam się w języku hebrajskim)- połączy oba te kraje- chociaż nie tylko- w najbliższy szabat w Domu Chleba przy skrzyżowaniu Meira i Anielewicza.

Przylatując do Izraela wiedziałam, że będę mieszkać u Osoby niebanalnej, z oryginalną i niełatwą historią. Mimo, iż nakręcono niedawno film o Niej w polskiej wersji językowej- nie oglądałam go. Artykułów ani reportaży także nie czytałam. Tabula rasa- Stella pisała, że według takiej zasady podchodzono w jej domu rodzinnym do nauczania religii.  Nie chciałam patrzeć na Stellę jak na bohaterkę z gazet, daleką ode mnie starszą panią z Internetu, która wiele przeżyła. Nie chciałam podchodzić do niej jak do kogoś zachowanego niczym obiekt muzealny, którego lepiej nie dotykać- tylko obserwować z daleka- bo bardzo cenny. Tyle, że przecież ja- oprócz patrzenia- miałam ze Stellą po prostu żyć.

Po wizycie w Tel Awiwie i Jerozolimie dotarłam do Hajfy. Autobus 123 jakby odliczał swoim numerem chwilę, kiedy po raz pierwszy zobaczę Stellę.
Wjeżdżaliśmy na górę pokonując kolejne stopnie do "taram tadam!" czyli oto jest dom.

Wcześniej kierowca powiedział, że uprzedzi mnie gdzie mam wysiąść. W Hajfie nie ma przecież wywieszonych rozkładów jazdy ni na przystankach, ni w autobusie. Tłumaczenie jest takie 1) tu elektronika na wysokim poziomie i wszyscy mają aplikację- moovit (która jednak krótko mówiąc "działa jak chce"- czym wyraża może swoją izraelskość), 2) tu ludzie lubią kontakt bezpośredni- więc co za problem pogadać sobie z kierowcą- albo nawet- gadać sobie z kierowcą za każdym razem, kiedy wsiada się do autobusu. 
Temu ostatniemu zdarza się pamiętać, że obiecał powiedzieć gdzie wysiąść. I w moim pierwszym przypadku w Hajfie- też tak było. (Ale było też tak- że Ania, która przyjechała tu wcześniej- po prostu czekała na mnie na przystanku).

Dzielnica olim hadaszim. Dużo osób z Maroka, Etiopii i... krajów byłego Związku Radzieckiego. W ogóle ma się wrażenie, że językiem tego miasta oficjalnie jest hebrajski, nieoficjalnie- rosyjski. Albo i ja mam takie wrażenie. 

Po drodze Ania opowiedziała mi, że w naszym domu mieszka także mówiąca po polsku Niemka (sic!) oraz Hinduska ze swoim mężem Izraelczykiem- co Stella skomentowała krótko: "Wzięła baba prosię".  
Koty są nieodłącznym elementem krajobrazu tutejszych ulic i plaż, które żartobliwie nazywamy z Anią kuwetami. Na naszej uliczce także ich nie brakuje, a dziś na ulicy w jednym miejscu doliczyłam się 20. 
Na szczęście oprócz nich, mamy tutaj nazywane przez tubylców: króliczkami pustynnymi- góralki (które i owszem pozdrawiam po góralsku kiedy widzę, jak mi polecono;), chociaż mnie i Ani przy pierwszym spotkaniu z przedstawicielem tego gatunku wydawało się, że spotkałyśmy susła. 

Stella zdziwiona była, że tak długo docierałam do miejsca. Ona chętnie by pomogła, gdyby wiedziała, że to tyle będzie trwało ;) Werwy jej nie brakuje, wręcz przeciwnie- na szuku kolejnego dnia- goniłyśmy za nią ile sił w nogach. Bo w piątek popołudniu- ceny najbardziej korzystne, pudełko avocado za 3 szekle (=3pln). Pudełko! (sic!). A Stella korzysta z korzystnych cen. Między innymi dlatego mamy w pokoju składownię płatków kukurydzianych, a wcześniej soków winogronowych (były jednak zbyt dobre, by mogły zachować się na dłużej). Mamy też sporo puszek z przetworami- jak to Stella powiedziała "na wypadek, gdyby wybuchła wojna".

Usiadłyśmy we trzy i zaczęłyśmy rozmawiać = stos pytań z mojej strony, ogień ze strony Stelli. Ale był to bardzo delikatny, ciepły płomień. Zrobiło się domowo, a ja chciałam się już tylko tulić. 
To był pierwszy wieczór, kiedy usłyszałam jej historię. Albo przynajmniej najważniejsze wątki. Getto w Łodzi, umierający z głodu człowiek pod restauracją, "akcja" i słowa, które 16- letnia Stella powiedziała do swojej Mamy, kiedy obie były załadowane na wóz do obozu: "Ja chcę żyć. Ja stąd uciekam. Kiedy gestapowiec się odwróci pobiegnę w stronę tej wąskiej uliczki. A Ty najlepiej zrób to samo". Jak powiedziała, tak zrobiła. Zerwała się i ukryła w paprociach pewnego gospodarstwa. 

 ja: O czym myślałaś wtedy, leżąc w tych paprociach?
Stella: Bałam się bo nie wiedziałam co się stanie, widziały mnie dzieci z gospodarstwa. A dzieci mogły pójść i niechcący mnie wydać. Ale najbardziej myślałam wtedy o mojej Mamie. Nie wiedziałam, czy ją jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Nie wiedziałam, czy uciekła, czy jej się udało. Słychać było ogromny hałas i strzały. A ja leżałam w tych paprociach i próbowałam wtulić się w ziemię. 

Mama Stelli uciekła. Szukała jej potem po różnych miejscach, co Stella ze wzruszeniem w oku wspomina. Ukrywały się (oddzielnie) po różnych gospodarstwach u znajomych, najczęściej szyjąc dla gospodyń sukienki "bo i wtedy chciano ładnie wyglądać"- jak opowiadała Stella. Odnalazły się, ale potem wojna znów je rozdzieliła. Nie mogły przebywać razem, mogły się tylko odwiedzać. Kiedy Stella musiała uciekać przed złodziejami świń (pewien gospodarz pozwolił mieszkać jej w czystej skrytce na trzodę), bo myślała, że to gestapo- wiele osób nie wiedziało co się z nią stało.
Mama Stelli również. Zaczęła jej szukać. Nie spotkały się już więcej. 

W filmie "Stella" widzimy tułaczkę, widzimy pukanie od domu do domu. I tak było. Niektórzy otwierali, godząc się tylko na jedną noc, inni nie. Bali się, bo wiedzieli, że godząc się na pomoc jednej Żydówce- ryzykowali życiem całej rodziny. Stella ich rozumie. Dlatego wyraża dozgonną wdzięczność tym, którzy mimo strachu- przyjmowali ją. "A gdyby to było nasze dziecko?"- pamięta pytanie zadane mężowi przez jedną z gospodyń- "Dobrze. To niech tu zostanie". I została. Do końca wojny. 

Dziś Stella jest pogodną, pełną życia i radości kobietą. Piękną kobietą.

"Gdy kiedyś wywieszałam pranie zobaczyłam na ulicy pięknego chłopca z kręconymi włosami. To było jeszcze przed wojną, dorastałam. Pomyślałam sobie: "takiego mogłabym pokochać". Ale zaraz potem przyszła mi do głowy myśl- nie, ale przecież on umrze. Przecież nie jest to nikt stały, nie zostanie ze mną na zawsze- od tej pory zrozumiałam- że mogłabym pokochać jedynie kogoś większego, kogoś- kto nie przeminie. Ale nie miałam pojęcia kogo"- wspomina Stella.

Po wojnie wróciła do Łodzi, przyjęła chrzest. Wstąpiła do Karmelu. Pod koniec lat 60. wróciła do Izraela. Na początku również do zakonu. Po dwóch latach "wydalili ją" ponieważ chciała modlić się po hebrajsku i działać społecznie, co nie spodobało się francuskim siostrom.

Obecnie Stella udziela się przy polskiej parafii przy Domu Chleba, jest aktywistką Kobiet w Czerni- dlatego w piątek zakłada na siebie tylko taki kolor. Jej dom jest zawsze otwarty, goście nie przestają przychodzić, a telefon dzwonić. Podarunki nie przestają napływać, Stella obdarowywać, twierdząc jednocześnie, że raz jeden tylko kupiła bluzkę wyprodukowaną w Indiach za 5 szekli- ale to tylko dlatego, że chciała wesprzeć współpracę z tym krajem. 
Czuje się tu wkorzeniona. Czuje się Żydówką. Chociaż odbyła ku temu bardzo długą drogę. Przed wojną była przecież polską patriotką.
Bardzo ważnym miejscem były i są dla niej Indie. Wielokrotnie tam jeździła. W Indiach mieszkają też jej adoptowane dzieci. Poza tym to hinduska kuchnia będzie na szabatowych stołach podczas 90. urodzin  Stelli:)

Mówi biegle po polsku i po hebrajsku. Oprócz tego po francusku.

Jada polskie śniadania. A jej najlepszym przysmakiem wydaje się być masło. Może to dlatego, że będąc małą dziewczynką w tajemnicy przed Mamą zjadła całe jego opakowanie, a potem bała się do tego przyznać? :) Lubi to wspominać. 

Kochava Stella Zylberstein Tzur- ocalała z Holocaustu 90- letnia dziś kobieta, która doprowadziła do przyznania Polakom 23 medali "Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata". Wspomina jednak po dziś dzień tych (a było to około 65 osób), których nie udało jej się odnaleźć. Których nie udało jej się odznaczyć. Ale Stella doprowadziła i doprowadza po dziś dzień do czegoś więcej. Doprowadza ludzi do domu.

Stella, Stelusia, Steluś, Stellinka. 

Nawet nie potrafię opisać co czuję będąc z Nią. 

"Jeśli byśmy funkcjonowali tak, że oko za oko to wszyscy bylibyśmy ślepi"- z takim transparentem- beezrat Haszem- Stella pojawi się jutro na rondzie przed ogrodami Bahai w Hajfie. 

Stella żyje, kocha ludzi i wykorzystuje każdą chwilę.

A Ty? 

:)

Obejrzyjcie. Posłuchajcie. 

https://www.youtube.com/watch?v=ZCTGksVVUQ4 

Lehitraot Kochani.


sobota, 24 października 2015

#świętodziękczynienia


Co można zrobić na tydzień przed wylotem- powrotem do Kraju Tego/ ha'aretz?

Co mogę zrobić czytając: 

"Poświęcicie pięćdziesiąty rok i obwołacie w ziemi wolność dla wszystkich jej mieszkańców. Będzie to dla Was rok jubileuszowy. Wrócicie każdy do swojej własności i wrócicie każdy do swojej rodziny.(...) Gdyż jest to rok jubileuszowy. Będzie on dla Was święty (...) W tym roku jubileuszowym wrócicie każdy do swojej własności." 
III Mj., 10, 12a-13


Pamiętacie słowa Hanny, które powiedziała do mnie pokazując mi moje-pierwsze-widziane-na-oczy- miejsce w Jerozolimie?

"Patrz, a wszystko to co oglądasz, należeć będzie do Ciebie".

Jakże mogę reagować, kiedy teraz, w obchodzonym oficjalnie w Izraelu roku jubileuszowym, wracam do Izraela?! Kiedy wypełnia się wypowiedziane nade mną w Jerozolimie błogosławieństwo z ust mojej kochanej Hanny?

Chwała Bogu Abrahama, Izaaka i Jaakowa! Chwała Świętemu Izraelskiemu, który jest wierny Swojemu Słowu, który daje nie tylko chcenie, ale i wykonanie!

Kiedy wydawałam napoje na jednym z moich ostatnich przyjęć w Yad Hashmona- myślami byłam gdzieś przy słowie "jak". Jak tu wrócić. Co zrobić. Jaka droga. Czy da radę. Czy to rzeczywiście dla mnie droga. Czemu mam takie silne pragnienie żeby to była ta właśnie. I jak sobie odpowiedzieć teraz, na szybko- na to pytanie: jak. 
"Do rzeczywistości" przywiódł mnie pewien dość puszysty, wyluzowany, mówiący z akcentem amerykańskim człowiek odziany w hawajską koszulę. Chciał sprite. Albo colę, już nie pamiętam. Nie wiem czy zauważył moje lekkie roztargnienie wywołane nagłym "powrotem na ziemię" ale ni stąd ni zowąd spytał:

Hawaj: Podoba Ci się tutaj?
ja: Noooo tak. Kocham Izrael. Bardzo cieszę się, że tu jestem.
Hawaj: To dobrze. To pięknie. A chciałabyś tutaj wrócić? (wiedział widocznie, że jestem tymczasową wolontariuszką)
ja: Chciałabym. Oczywiście. Niedługo przyjdzie mi wyjechać ale jeśli miałabym możliwość to bardzo pragnęłabym wrócić tutaj.
Hawaj: To wróć.
ja: Tak, ale wie Pan, to nie jest takie proste. Jeśli się nie ma odpowiednich dokumentów, czy pochodzenia to... nie bardzo wie się jaką drogą. Jak otworzyć te drzwi.
Hawaj: Posłuchaj. Jeśli bardzo tego chcesz (i tu spojrzał wysoko w górę wskazując na niebo)- to to są Twoje drzwi. Pamiętaj. To są Twoje drzwi. Innych nie potrzebujesz.

I odszedł.
Hawaj jeden. 
Wysłannik Boży.

Jestem tak bardzo wdzięczna Bogu, że mnie zachęcał, że błogosławił mi dobrym słowem innych, że pomógł mi znaleźć program stypendialny w moim zacisznym mieszkaniu, bez wychodzenia z domu (bo na pójście do biur i samodzielne pytanie nie miałam ni siły ni odwagi). 
Tak bardzo wdzięczna, że zapowiada nam, pokazuje, mówi przez innych ludzi- potwierdzając nasze pragnienia. Nawet przez puszystego mężczyznę w złotym łańcuszku z hawajską koszulą. 

Jestem tak wdzięczna, że pomógł mi i Ani zdobyć wszelkie papiery w ekspresowym tempie. W ten jeden tydzień jaki miałyśmy na napisanie projektów badawczych, zdobycie zaświadczeń językowych, opinii od dziekanów, doktorów habilitowanych, znalezienie izraelskich promotorów i otrzymanie od nich listów polecających naszą kandydaturę.

Przy jednoczesnej chorobie i nieobecności dziekanów, przenoszeniu instytutu Ani na inną ulicę i zaginięciu wszystkich potrzebnych pieczątek między gdzieś między dwoma budynkami. Przy wszystkich absurdalnych odpowiedziach czy to pań w sekretariatach czy doktorów uczelnianych. Przy odczytywaniu przez nich maili w przeciągu kilku miesięcy. Przy przerwie weekendowej. Przy pisaniu pierwszego w życiu projektu badawczego. 

I w końcu przy znalezieniu promotorów w Izraelu! Okazuje się, że izraelskie grono pedagogiczne uczelni wyższych jest bardzo nowoczesne i sprawne w używaniu nowoczesnych technologii, skore do pomocy i odpowiedzi. W ciągu dwóch dni (sic!) udało nam się znaleźć promotorów w Izraelu nie mając żadnych znajomości ani listu polecającego. Hm, no może jednak z jedną znajomością. Z Elochim. Profesorowie nie tylko chwalili nasze pomysły, ale także polecali nam swoich kolegów jako promotorów i dawali nam ich maile. 

Chcę też bardzo tu podziękować wszystkim Osobom, które w trakcie ubiegania się o stypendium i podczas oczekiwania na wyniki pomagały mi i wspierały swoją modlitwą i dobrym słowem. Dziękuję ludziom z Hashmony (którzy zrozumieją ten wpis tylko po intensywnej nauce języka polskiego:), dziękuję ludziom ze wspólnoty do której chodzę "Shalom" oraz moim bliższym przyjaciołom i dalszym kolegom. Wy za pewne czytacie ten post, więc podziękowania tyczą się właśnie WAS! <3

Dziękuję też bardzo Ani- Esterko- nie wiadomo czy bez Ciebie ten pomysł by wypalił! Byłaś dla mnie dodatkową energią, motywacją i determinacją. Jestem szalenie szczęśliwa, że Elochim jest tak dobry, że będziemy mogły zbierać owoce naszej wspólnej pracy razem! 

Dziękuję też Elochim za to, że postawił na mojej drodze tak wspaniałych Ludzi jak Wy, w Polsce, w tym roku. Piszę to o Was, którzy to czytacie. Będę tęsknić. Także wpadajcie do Hajfy, bo na początku tam właśnie będę.

Jej, jest tyle Ludzi, wydarzeń i rzeczy, za które chciałabym tu podziękować, że pewnie wypisując kolejne nie zdołałabym się w końcu spakować.

Za "Shalom", za spotkania czwartkowe, za "Wisłę", za wyprawy "do Lidii". Za każdy hummus razem, za każdy taniec razem, za każdy wspólny pray, za każdą rozmowę na żywo, na fejsie albo na whatssupie. Toda raba al ha'kol!

A kończąc podzielę się z Wami jeszcze jednym błogosławieństwem, jakie otrzymałam od Boga. 
Wracając z Katowic, z ważnego wydarzenia w życiu mojego kumpla, dostałam smsa od kumpeli, która kupowała mój bilet to Izraela treści takiej: "Z okazji roku jubileuszowego i tego, że chcę być posłuszna Bogu oraz dlatego, że Cię kocham- umarzam Ci dług, jaki wobec mnie masz."

Bóg jest naprawdę dobry! Wysyła mnie do Izraela- za darmo!!!!!! 

"Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Adonai"- polecam!

Ten podarunek był nie tylko radością dla mnie, ale sprawił też, że i ja zastanowiłam się nad tym czy mogę coś komuś darować- podarować. W tym szczególnym roku jubileuszowym. I be'ezrat Haszem- tak się stało, a owoce są dobre.


Kochani,

Błogosławię Was jeszcze z naszej Polski! (Będę tęsknić za językiem!)

Do zobaczenia.





sobota, 9 maja 2015

smecha meod chelek 1


obiecanki cacanki.

a nie,

już dziś opowiadam i mówię, że

udało się! udało się!


So, from the beginning,

Już  albo jeszcze będąc w Izraelu tęskniłam. Za Izraelem. Za tym czasem,  który mija, bo nie wiedziałam czy tam jeszcze kiedyś będę. Modliłam się bardzo by wrócić. Modliłam się o "jeszcze". 
Miałam swoje pomysły, których nie brakuje, ale często ich finalnym produktem są wyobrażenia w mojej głowie "jak dobrze by to było gdyby". Łatwo marzyć, trudniej działać i walczyć. I tak minął cały październik mojego pobytu w Polsce, kiedy to biłam się z myślami, aby wstąpić do Biura Współpracy z Zagranicą i spytać o możliwość wyjazdu do Izraela i kiedy to z każdą pojawiającą się taką myślą odpowiadałam sobie "a może jeszcze nie teraz. jeszcze jest czas". Jeszcze jest czas na "jeszcze". A w głębi serca BAŁAM SIĘ. Maksymalnie bałam się odpowiedzi "już". Już nie. Już za późno. Już minął termin ubiegania się o wyjazd. 
Tak więc NIC NIE ROBIŁAM. Tak bardzo mi zależało, że czułam, że nie mogę nic zrobić. Bo to jest zbyt ważne dla mnie, żeby zaryzykować i zrobić "coś", bo to "coś" może się zwyczajnie nie udać. I co wtedy?
W tym samym czasie deklarowałam głośno wśród znajomych, że tam wracam, że chcę zrobić badania, że jest szansa wyjazdu, bo spotkałam kilka osób, które wyjechały na wymianę rządową właśnie Tam.
Kiedyś wychodząc z instytutu i rozmawiając z koleżanką o stypendiach, dotarło do mnie, że ja nigdy się o żadne nie ubiegałam. Po prostu, moi rodzice- a ja za nimi, z góry zakładaliśmy, że nie zostanie mi ono przyznane. W środku pomyślałam sobie, że chciałabym mieć jeszcze okazję, że wprawdzie kończę studia w tym roku, ale czułam niedosyt, że nie spróbowałam się ubiegać o coś z możliwością uzyskania profitu. "Jesteśmy z tymi, na których myślimy, że zasługujemy"- przypomniałam sobie ważne słowa z nie-aż-tak-ważnego filmu i przełożyłam je na moją sytuację. "Ubiegam się o taki staż, pracę czy stypendium, na które myślę, że zasługuję". W krótkim podsumowaniu tego wątku stwierdziłam, że chyba w swoim mniemaniu nie zasługuję na zbyt wiele. A przynajmniej tak pokazywało moje ZACHOWANIE w danych kwestiach. A może tak to EMOCJE wpływały na BRAK DZIAŁANIA. 

I przyszedł listopad. A w listopadzie zaczyna się bardziej siedzieć w domu niż mniej. Ja, moi znajomi i mój dom- nie jesteśmy pod tym względem wyjątkami. Kolejny raz siedząc i afirmująco przywołując izraelowe wspomnienia, Ania podzieliła się ze mną tym, co znalazła jakiś czas temu w googlach, of course!

STYPENDIUM IZRAEL
wymagania:
- projekt badawczy
- certyfikat językowy
- opinia dziekana
- opinia profesorska o projekcie badawczym
- rekomendacje od przynajmniej dwóch nauczających doktorów habilitowanych
- list z informacją, że profesor z Izraela bierze mnie i mój projekt pod swoją opiekę naukową
- historia naukowa kandydata
- cv
- zaświadczenie lekarskie

przyjmuje się 6 kandydatów z całej Polski
do końca listopada


Był drugi tydzień tegoż miesiąca. Ciśnienie w żyłach mi się podniosło. Wiedziałam już, że to to. Że mam czas na "jeszcze" do końca listopada, bo potem będzie "już" (po wszystkim). Obawiałam się o to spytać w biurze, ale jak widać Elochim ma swoje sposoby, i w momencie, kiedy my jesteśmy słabi, często wychodzi nam na przeciw. Tak było w tym przypadku. I co więcej! Stypendium! Odnośnie moich wcześniejszych rozważań- miałam szansę dostać stypendium! I to od razu rządowe!

Plan ubiegania się o ten grant w ciągu 3 tygodni, napisanie projektu badawczego (nie miałyśmy nic!), zdobycie miliona papierków (był długi weekend związany z 11 listopada, a potem kolejny), certyfikatu językowego (nie wiedziałyśmy czy uczelniany będzie wystarczający), a co najtrudniejsze (jak nam się wydawało) zdobycie listu od bliżej nieokreślonego zagranicznego profesora, który weźmie nas pod swoją opiekę (w tak krótkim czasie, pamiętając, że mamy do czynienia z BLISKIM WSCHODEM, gdzie czas płynie trochę inaczej i nakłada się na niego inne ramy) jest w gruncie rzeczy MAŁO PRAWDOPODOBNY odnośnie powodzenia.

Nie wiem dlaczego, ale moje ciśnienie nie pozwoliło mi się uspokoić i nie spróbować. I toda laEl! 
13 listopada poszłyśmy do BUWiWM'u, który organizował konkurs, żeby wypytać, czy formalnie jesteśmy w stanie sprostać wymaganiom. Nie studiujemy przecież hebraistyki, nie mamy certyfikatów Cambridge'owskich ani też "przeszłości" naukowej.
Modliłam się, żeby drzwi były otwarte, jeśli to rzeczywiście od Elochim.
Okazało się, że zaświadczenia uczelniane wystarczą, że strona izraelska przyjmuje osoby z licencjatem albo magisterium i że trzeba próbować. Toda laEL!!!!! <Radość tańcowała na ulicy>
Jednakoż, okazało się też, że trzeba się ubiegać o stypendium... przez uniwersytet. Od razu z BUWiWM'u pojechałyśmy do Biura Współpracy z Zagranicą. Pokonałyśmy kręte korytarze i sale pałacu, w którym się ono mieści i udało nam się znaleźć jedyną osobę odpowiedzialną za stypendium.

My: Chciałyśmy spytać o stypendium do Izraela. Czy jest taka możliwość?
Pani: Owszem, jest. Termin składania papierów mija 15 listopada, w piątek. Za 2 dni.
My: (poziom myśli- suuuuuuperr!! za 2 dni!! to na pewno uda nam się wszystko załatwić do piątku do 14!)
       Ale jak to za 2 dni? 
Pani: Termin mija w piątek. Tak jak powiedziałam.
My: Aha, i nie da się nic zrobić?
Pani: Drogie Panie, jestem jedyną osobą odpowiedzialną za cały projekt i mam w związku z tym dużo pracy. A i pani rektor musi podpisać wszystkie złożone dokumenty i musimy mieć na to przynajmniej 2 tygodnie.
My: Aha, czyli nam się nie uda..
Pani: Drogie Panie, dlaczego dopiero teraz przychodzicie i pytacie o wyjazd?
My: (ja myślę sobie: bo wcześniej się bałam!) No bo dopiero teraz się o nim dowiedziałyśmy. Dopiero kilka dni temu znalazłyśmy informację w Internecie. 
Pani: Jak to, Drogie Panie, informacja ta widniała już od września. Była także na naszej stronie. Przykro mi, że się z nią Panie nie zdążyły zaznajomić.

(trrelelele chce nas spławić. chowam dumę i stoję jak kamień).

ja: Czyli nie zrobię moich badań... Rozmawiałam już z moim promotorem (co było prawdą) i zastanawialiśmy się, jak mnie do tego Izraela wysłać.. ale skoro już za późno to się nie uda. W ciągu 2 dni nie zdołam zebrać wszystkich dokumentów.
Ania: Poza tym, informacje o stypendium były bardzo słabo rozreklamowane (to też prawda). Nie było ich nigdzie, ani na wywieszkach, ani w gablotach.
Pani: Jak to nie było, przecież każdemu wydziałowi przesyłałam informacje. Czy nie były one ogólnie dostępne.
My: Nie. Nikt nas o niczym nie poinformował.
Pani: Naprawdę?
My: Tak. Od dawna czegoś szukałyśmy (w Internecie- co też było prawdą), ale dopiero teraz udało nam się znaleźć.
Pani: Ale to planowałyście Panie ten wyjazd wcześniej, macie projekty badawcze?
ja: Mamy kilka pomysłów. Trzeba z nich wybrać i je dopracować. Ale tak. Planowałam wyjazd do Izraela w celach naukowych, tylko nie wiedziałam, jak się tam dostać. Teraz zdaje się znalazłam, ale nie będzie do możliwe z powodu formalności.

cisza


Pani: No nie wiem... (patrzy w kalendarz) A gdybyście Dziewczyny miały czas do następnej środy, dałybyście radę?
My: No jasne! Pewnie! Wtedy to byłby czas! (1 TYDZIEŃ!!!) Wtedy to byśmy spróbowały.
Pani: No dobrze. To tak się umówmy. Do następnej środy, do godziny 14- macie czas.

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Hurraaaa!!AAAAAAaaa!!! okrzyki, kwiki, dziwne dźwięki

My to mamy farta.   
Nam to się udaje.

Zaraz zaraz, ale czy aby w jeden tydzień zdążymy napisać projekty badawcze, zdobyć serię opinii naukowych, od dziekanów, zaświadczenia językowe, list z akceptacją naszej kandydatury od izraelskiego profesora?!  etc. w dwóch wersjach językowych razy pięć 

Boże, błogosław!






poniedziałek, 20 kwietnia 2015

#szuk #izrael / #bazar #polin



 #różaniec #delikatne #szuk #izrael



 #gumki #weszływzęby #szuk #izrael




#zesłońca #irokezy #szuk #izrael



#woreczki #aromatyczne #szuk #izrael



 #widoki #szuk #izrael

/


 #naczerwono #wypolerowane #bazar #polin



#kurki #zlasu #bazar #polin




 #kolorowepudełeczka #cenynakartonie #bazar #polin



#twarz #znajoma #bazar #polin


#kocham #szuk #izrael #bazar #polin<3

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

PRZEJŚCIE

Chag Sameach! Pesach Sameach!

Dzisiaj świętujemy WYJŚCIE. PRZEJŚCIE.

z Egiptu do Kanaanu
z niewoli do wolności
przez Morze Czerwone
przez pustynię
z niewoli grzechu do oswobodzenia
ze śmierci do życia
przez pustkowie
do źródła

nie ma starego i nowego. jest połączenie. jest Jeshua.                    jest

dzisiaj krew baranka bez skazy marze odrzwia naszych serc
ryje tradycyjną mezuzę, kiedy tyko słyszymy shma Israel <od środka>
jesteśmy naznaczeni do życia, a potem w zaufaniu podnosimy się z miejsca by wyjść

z Egiptu do Kanaanu
z niewoli do wolności
przez Morze Czerwone
przez pustynię
z niewoli grzechu do oswobodzenia
ze śmierci do życia
przez pustkowie
do źródła

Wyrzucamy kwas z domów naszych.                                                  Wyrzućmy kwas z domów naszych!
Wyrzucamy skażenie.                                                                                                 Wyrzućmy skażenie!
Wyrzucamy to, co złe.                                                                                                Wyrzućmy to co złe!
z nas.                                                                                                                                                z nas.
                                                                          stale.
Dziękuję Ci
za Twój plan
za Twoją szansę dla mnie
za Twoją krew
za Twój ból
za Twoje skonanie
za nasze zwycięstwo
za życie
za Życie
za bycie Obłokiem dającym pogodę
za bycie Płomieniem zwalczającym ciemność
za mannę i przepiórki
za źródło tam gdzie go nie ma
za Szawuot, który się zbliża
i za drugi szawuot w 50 dni po zwycięstwie

i że wszystko ma swój czas, porządek i sens.







wtorek, 10 lutego 2015

to jest długi post o Starym Mieście w Jerozolimie

Shalom :)

Z racji tego, że ostatnimi czasy napisałam krótki esej jako pracę na zajęcia o pograniczu na studiach- oraz tego, że tyczy się on Starego Miasta w Jerozolimie wklejam tutaj.

Włączcie guziki wyobraźni i czytajcie!

Stare Miasto Jerozolimy- zbitka kultur czy pępek świata?
Jerozolima, nazywana w języku hebrajskim Yerushalayim (tłm. Miasto Pokoju ), w języku arabskim Al- Quds (tłm. Święte Miejsce), która nosiła także( nadane jej przez starożytnych Rzymian) miano-  Aelia Capitolina (tłm. Wzgórze Kapitolińskie) położona jest na Bliskim Wschodzie, w krainie historycznej- Palestyna, w Judei (Donimirski, 1996) Już przytoczona przeze mnie lista imion, które jej nadawano (a przecież niekompletna!) świadczy o dużym zainteresowaniu tym punktem na mapie zarówno przez świat wschodni- azjatycki, jak i zachodni- europejski. Przez tysiąclecie Jerozolima była żydowska, potem przez 400 lat chrześcijańska, by następnie stać się muzułmańską na 1300 lat. Wzniesione miasto było burzone, potem budowane od nowa,  czasem przebudowywane, po czym kolejny raz zrównywane z ziemią. W całej historii dziejów trudno byłoby znaleźć drugie tak oblegane miejsce- wysoka jest cena, jaką przyszło zapłacić temu obszarowi- za ulokowanie na pograniczu dwóch cywilizacji,  dwóch kontynentów. Obecnie, od 1967r. Jerozolima znajduje się w granicach Państwa Izraela (Donimirski, 1996)  . Ze względu na swoją długą i różnorodną przeszłość- historyczną, polityczną, religijną i kulturową- miejsce to stanowi dzisiaj tzw. „wybuchową mieszankę” (niekiedy dosłownie), a obraz współczesnego starego miasta jest kolażem bogatych korzeni, nawiązujących często do przyszłości. Będąc tam człowiek może mieć wrażenie, ż e oto zacierają się granice między wczoraj, dzisiaj, a jutro; między sacrum a profanum.
Stare miasto w Jerozolimie zajmuje zaledwie  0,9km2. Jaskrawość mozaiki- jest jednak, na tak stosunkowo niewielkim obszarze- nie do przeoczenia. Święte dla trzech religii ulice- dzielą się bowiem na cztery kwartały: chrześcijański, ormiański, żydowski i muzułmański. Jednak wchodząc przez jedną z bram głównych- Jaffę- i znajdując się tym samym w dzielnicy chrześcijańskiej, można usłyszeć, że dzwonom kościelnym dobiegającym z licznych tam klasztorów i kościołów wtórują śpiewy muzeina. Co więcej wsłuchując się w opowieści przewodników dowiemy się, że wieża Dawida została wzniesiona w XVI w przez Sulejmana Wspaniałego, a bajgle z solą i sezamem będzie sprzedawał nam tam arabski chłopiec, tuż koło posterunku izraelskiej policji(Sidi, 2013). Mimo, iż jest to odrębny kwartał starego miasta- podobnie jak w dzielnicy muzułmańskiej- uliczki są wąskie i małe, przepełnione kramami i sklepikarzami, chcącymi zarobić na tłoczących się tam turystach ze wszystkich stron świata. Dzielnica chrześcijańska wyróżnia się jednak mnogością klasztorów, kościołów i przedstawicieli wszystkich denominacji swojego świata. Podawanym przez wielu jako najważniejszy- zabytkiem tegoż obszaru jest bazylika Grobu Pańskiego. Co ciekawe, klucznikami i strażnikami są tam muzułmanie- którzy paradoksalnie pilnują porządku wśród chrześcijan (Greków, Łacinników, Etiopczyków, Koptów, Ormian i Syryjczyków). Barwne legendy podają, że są ku temu istotne powody (Święcki, 2012). Dzielnica tętni życiem, zgiełkiem, zapachami- od szisz wodnych- po świeże przyprawy. Etnicznie większość  mieszkańców stanowią Arabowie- być może dlatego kwartał ten jest do części muzułmańskiej najbardziej podobny.            Ta bowiem jest również bardzo tłoczna, a sprzedawcy od rana do wieczora nawołują do kupowania ich produktów. Oprócz części Wzgórza Świątynnego, do którego wyznawcy islamu mają obecnie najlepszy dostęp, dzielnica muzułmańska jest jednym wielkim targiem (Święcki, 2012). Dużo przestronniejszy, czystszy i bardziej wytworny wydaje się być kwartał żydowski- najnowszy, bo wzniesiony dopiero w latach 70. XXw. Jest to także najbogatsza dzielnica starego miasta w Jerozolimie, w której swoje lokum mają milionerzy z całego świata. Ekskluzywna, zadbana i niezatłoczona, może stanowić wytchnienie po wcześniejszej wędrówce przez gąszcz ludzi (Sidi, 2013). Ostatnim kwartałem jest dzielnica ormiańska- co ciekawe, nazwana od ludności etnicznej, a nie od religii. Od dawna mieściły się tam kościoły ormiańskie, jako, iż Ormianie uważają się za pierwszy lud, który przyjął chrześcijaństwo. Ich populacja zwiększyła się w Jerozolimie w czasie tzw. rzeźni Ormian dokonanej przez Turków. To w tutejszych klasztorach bowiem szukali schronienia (Ternon, 2005) Kwartał ten w porównaniu z innymi wydaje się być opustoszały i bardzo niedostępny dla oka zwiedzającego. Jedynie w wybranych porach dnia, można przystanąć i usłyszeć ormiańskie śpiewy liturgiczne. Gdzieniegdzie można też zaszyć się w kameralnej restauracji z ormiańskimi przysmakami (co jest unikatowe w porównaniu z innymi kwartałami) albo też zajrzeć do sklepu z rękodziełem tubylców (Święcki, 2012). W dzielnicy chrześcijańskiej także natknąć się można na liczne galerie, galeryjki i ekskluzywne sklepy.  W żydowskim, muzułmańskim i chrześcijańskim kwartale na pewno nie zabraknie też miejsc, w których można usiąść i spróbować „regionalnego” falafela, shawarmę (kebaba), hummus’u czy shakshuki. Knajpy i restauracje walczą o status „ tej najlepszej w Jerozolimie”. „Prawo do falafela” w zależności od dzielnicy przypisują sobie zarówno Izraelczycy jak i Arabowie (co demonstrują wkładając do bułki swoją flagę- szczególnie Ci pierwsi). Ci drudzy natomiast doprawiają swoje potrawy dużo ostrzej, serwują zdecydowanie więcej ziół i przypraw, dodając pikanterii. Popularny w Polsce kebab- nosi lokalną nazwę shawarma, zapewne po to, żeby oddzielić ją od znanego nam słowa tureckiego (Sidi, 2013). Ta sama potrawa- shakshuka może być też nazywana shashuką, w zależności od dzielnicy, właściciela restauracji czy kupującego. I wszystko to dzieje się na niecałym kilometrze kwadratowym. Oczywiście, trudno tu wychwycić jeden dominujący język. Hebrajski, arabski, ormiański, a także rosyjski i angielski- oto główne składowe mieszaniny dźwiękowej na ulicach starego miasta. Dodajmy do nich jeszcze wszystkie języki świata- przywiezione przez turystów, chcących zwiedzić „święte miejsca” swojej religii. Nie pozostawajmy jednak bez wrażeń dla naszych zmysłów wzrokowych. Obraz, który się wyłania jest bowiem bardzo ciekawy, różnorodny, różnokolorowy, różnokształtny. Strój i wygląd zewnętrzny może powiedzieć nam bardzo dużo, jednak nie koniecznie o statusie materialnym- a o przynależności bądź braku chęci przynależności do religii (Sidi, 2013). Obok umundurowanej w kolor khaki żołnierki- z rozpuszczonymi długimi włosami- i bronią- zamiast torebki- przechadzają się kobiety w czepkach bądź perukach- najczęściej z ogoloną głową, długimi czarnymi lub granatowymi spódnicami i bluzkami z długim rękawem. Dodatek stanowi tu nie broń, ale cały sznur dzieci, idących z matką lub najstarszą siostrą za rękę- ubranych bardzo podobnie do nich, tyle, że w wersji- mini. Dodajmy do tego wyzwolone, niezależne i silne Izraelki- wkładające najchętniej dżinsy i dopasowane do nich t- shirty- byle było wygodnie i szykownie. Długimi, frywolnie opadającymi lokami- kobiety te jakby manifestują swoją świeckość. Moda męska przeciętnego Izraelczyka, to również spodenki, koszulka sportowa i adidasy. Bardzo lubią sport. Garnitur i koszulę ubierają tylko od święta. Żydzi ortodoksyjni natomiast chodzą w ciemnych spodniach i czarnych chałatach, niekiedy zarzucając biało- niebieski tałes i obowiązkowo czarny kapelusz lub kipę. Ponad to wśród chasydów popularne są czapki ze skóry sobola lub bobra (Sidi, 2013). Mniej religijni Arabowie natomiast lubią dżinsy, koszulki z reklamami np. coca- coli albo innymi wyrazistymi wzorkami, w często jaskrawych kolorach. Tradycyjnie ubrany Arab nosi natomiast długą, luźną abaję (płaszcz)- nierzadko w białym kolorze, do tego kefiję (chustę na głowie) i agal (pasek wspomagający utrzymanie chusty na głowie). Muzułmańskie kobiety natomiast do abaji zakładają hidżab (chustę) lub czador (http://sklep.shophurt.pl/odziez/stroje-narodowe/ubior-muzulmanski.html). Te z mniej religijnych domów ograniczają się do hidżabu, zakładając długie spodnie i tunikę z długimi rękawami. W odróżnieniu od Izraelek obficie się malują. Arabowie przepadają także za wszelkiego rodzaju świecidełkami, brokatami i wyrazistymi kolorami. Do tych strojów, reprezentowanych przez mieszkańców dołożyć należy oczywiście sandały,    spodenki i t- shirty turystów z charakterystyczną czapeczką „kova tembel”- co z hebrajskiego oznacza tyle, co czapeczka głupca. Takie właśnie kolory i stroje możemy spotkać na starym mieście w Jerozolimie. Razem stanowi to zestawienie barw „misz- masz”, ale także jawi się jako zestawienie kilku światów: europejskiego, żydowskiego i arabskiego. Świata przeszłości i świata teraźniejszości.
Podejmując tematykę starego miasta w Jerozolimie nie można nie zauważyć jeszcze jednego pogranicza- przesiąkającego niemal do każdej poruszanej powyżej dziedziny- od historii poprzez architekturę, życie codzienne, kulinaria (koszerność) czy ubiór- sfery sacrum i profanum. Obok katedr, kościołów, meczetów czy Ściany Płaczu stoją zwarto zbudowane wąskie kamieniczki, w zależności od dzielnicy, pochodzenia i zamożności mieszkańców- zdobione bądź nie- takie z których można wyjść na dach i zobaczyć panoramę miasta, i takie z których wychodzi jedno nędzne okienko. Samo Wzgórze Świątynne, znajdujące się pomiędzy częścią muzułmańską, a żydowską (w większej jednak mierze dostępne dla wyznawców islamu) (Święcki, 2012) stanowi miejsce najświętsze dla trzech wielkich religii świata. Moria to przestrzeń, której przypisuje się świadkowanie Abrahamowi podczas składania swojego syna w ofierze, miejsce Świątyni Jerozolimskiej i działalności Jezusa, a także obszar w którym obecnie położone są meczety Kopuła na Skale i Al- Aksa. U podwalin wzniesienia stoi do dziś fragment murów dawniej okalających świątynię- Ściana Płaczu. I tak  oto, przy tych świętych miejscach, gdzie wprawdzie trzeba założyć stosowne ubranie- turyści cykają zdjęcia, religijni Żydzi sprzedają kipy z błogosławieństwem (Smoleński, 2006), muzułmańskie dzieci i kobiety robią sobie pikniki, a w nocy harcują tam jednookie koty. Poczucie paradoksu zwiększają jeszcze miejscowe legendy pomieszane z faktami, które to traktują o Złotej Bramie zamurowanej przez Turków, z obawy przed tym, że przejedzie przez nią Mesjasz wg podań żydowskich i chrześcijańskich, w które co prawda oni sami nie wierzyli. Co więcej za zamkniętą bramą rozciąga się cmentarz, którzy Arabowie tam umieścili, tak „na wszelki wypadek”, żeby uniemożliwić przyjście właśnie tegoż Mesjasza (Święcki, 2012). Po drugiej zaś stronie rozciąga się Góra Oliwna i najbogatszy cmentarz świata- zaprojektowany przez Żydów, by jako pierwsi dostąpili zbawienia (Sidi, 2013). O sferze nadprzyrodzonej przypominamy sobie także za każdym razem kiedy podczas targowania z arabskim handlarzem zabrzmi donośny głos muzeina albo szofar żydowski podczas świąt. Sacrum przenika się z profanum, a teraźniejszość z przeszłością i przyszłością. Życie obecne z życiem przyszłym i z życiem przodków.
„W hałasie słów wypowiadanych w wielu językach, popychana przez tłumy turystów, idę tymi samymi kamiennymi drogami, które przemierzali kiedyś brodaty Żyd król Dawid, chrześcijański Mesjasz Jezus i Sulejman Wspaniały”- pisze Polka- Ela Sidi (Sidi, 2013 s.330). Wąskie uliczki i wielkie place, zapachy, smaki, dźwięki, kolory- wszystko to- tak różne, tak bardzo skontrastowane i nieprzystające, a jednak przybliżone do siebie na odległość, z której z trudem można wyodrębnić jeden element od drugiego. Całość stanowi bowiem różnorodną, ale spójną masę- zbitkę, w której można odnaleźć dosłownie wszystko, ludzi każdego kontynentu- Europy, Azji, Afryki, obu Ameryk, Australii- ludzi każdej rasy i każdego koloru skóry- cały świat. Wydaje się więc, że owy zlepek stanowi w pewnym sensie centrum, paradoksalnie zaistniały na pograniczach tygiel jest miejscem spotkania, środka. Jest sercem świata.




[Zdjęć nie będzie. Bo po co. Z Waszą wyobraźnią.. ;)]